Czytałem dziś wspaniałą książkę Ernsta Cassirera "Mit państwa". Gorąco polecam, ale nie o całej książce mam zamiar pisać. W kilku rozdziałach autor przedstawia zarys poglądów Niccolo Machiavelliego i jego recepcje w świecie w różnych epokach. Zainteresowanych tematem odsyłam do w/w książki, natomiast niniejszym przechodzę do sedna sprawy. Z przemyśleniami Niccolo spotkałem się już wcześniej, na kartach podręcznika do historii doktryn, w książce Berlina "Pod prąd", czy wreszcie z samego "Księcia" - którego egzemplarz leży spokojnie na mojej półce. Spotkałem się też z tekstem Rothbarda na jego temat - zwyzywał on tam Włocha od politycznych satanistów(niestety nie pamiętam w jakim dziele Murraya miało to miejsce). Po lekturze Cassirera dziwi mnie taka wrogość. Dlaczego? W starciu z zimnymi, technicznymi i do bólu realistycznymi naukami/obserwacjami Machiavellego wszystkie prawnonaturalne koncepcje Bodina, Grocjusza i tym podobnych wydawały mi się infantylnymi bajeczkami(wydawały mi się - nie twierdzę, że nimi są). Dopiero po lekturze Cassirera zaświtało w mej głowie dlaczego. Otóż "oni" starali się pogodzić prawo naturalne z instytucją państwa. Co więcej od wielu wieków istniały "podręczniki jak być dobrym władcą" - autorem jednego był Tomasz z Akwinu. One też uczyły władców cnót. Natomiast Niccolo jako pierwszy napisał wprost, że to brednie. Że "kto ma władzę najpierw o nią się martwi". Co więcej, jeśli się nie martwi, to ją straci. Pisał wprost, że wchodząc na arenę polityczną trzeba albo wyzbyć się moralności i być "pół człowiekiem pół bestią" albo się przegra z tymi, którzy tacy są. Machiavelli jako pierwszy zerwał z aparatu władzy woal jeśli nie tylko Boskiej ale prawnonaturalnej zasłony. Opisał rzeczywistość, bez wdawania się w myślenie życzeniowe o cnotliwych władcach. Uprzedzę krytykę - nie twierdzę, że Machiavelli wyobrażał sobie ład naturalny bez państwa,
twierdzę jedynie, że jego brutalne ukazanie mechanizmów polityki doskonale współgra z anarchokapitalistyczną
wizją państwa jako zła będącego aparatem inicjacji agresji. Co więcej tłumaczy na 500 lat przed Hayekiem "dlaczego
najgorsi pną się w górę" (dla niewtajemniczonych - to tytuł jednego z rozdziałów "Drogi do zniewolenia").
Tak więc, moim zdaniem, Machiavelli całkiem nieświadomie był sprzymierzeńcem wolności.
24.09.2008, 21:58
Wspominając wykłady Misesa Israel Kirzner przytacza jego słowa, iż "rynek to proces". Chciałbym w tym wpisie zastanowić się nad pewnymi ujęciami rynku obecnymi w umysłach prorynkowców. Podczas niedawnego Letniego Semnarium Austriackiego (kto nie był niech żałuje!!!!!) spotkałem się z argumentem, który brzmiał mniej więcej tak: jeśli ktoś buduje drogę, np obwodnicę, a ktoś inny posiada małą działkę na drodze tej obwodnicy, i nie chce jej sprzedać, lub domaga się wysokiej ceny, to zgodnie z "logiką rynku" jest to nieefektywne, dlatego, że byłoby lepiej gdyby ta obwodnica powstała i właściciel działki powinien ją sprzedać po jakiejś niższej cenie(np po cenie innej działki 100 metrów obok). Zastanawiam się czy tego typu wniosek nie jest "dzieckiem" wąskiego ujmowania rynku jako "procesu wyceny", "ogółu wymian tytułów własności" itd. Myśl taka naszła mnie przy porannej lekturze "Głównych nurtów marksizmu"
Kołakowskiego (polecam, ja i Rothbard :) ), gdzie autor przytacza poglądy platoników iż "być czymś" to jednocześnie "nie być czymś innym" a więc być w pewien sposób ograniczonym.
Tak więc wracając do ujęcia rynku. Definiując go dynamicznie (ogół wymian) pomijamy fakt, że rynek jako
"ogół nienaruszonych praw własności" może być całkowicie statyczny. Może nie dojść do ani jednej wymiany. (Wolny) Rynek to proces wymian i wyceny, ale dobrowolnych. Ale równie dobrze może być to
stan dobrowolnej autarkii właścicieli ziemskich. Tak więc nawet jeśli na papierze obwodnica wygląda ładnie i ceny gruntów w okolicy nie są wygórowane, to właśnie "logika rynku" mówi, że jeśli jeden właściciel ziemi nie chce jej sprzedać, bądź domaga się wysokiej ceny, to inwestycja ta nie jest opłacalna. Rynek to realne koszty związane z wymianą praw własności w warunkach pewnego rozkładu wiedzy(sprzedający wie o obwodnicy - nabywcy mogli to trzymać w tajemnicy) a nie model konkurencji doskonałej maksymalizyjący efektywność bez względu na rzeczywistość.
18.09.2008, 11:36
Naszą austriacką stronę ogarnęła ostatnio apatia. Mam jednak nadzieję, że poniższy wpis obudzi przynajmniej kilku austriaków. W społeczeństwie libertariańskim (obojętnie czy w ramach anarchokapitalizmu,czy też w "minarchii") najprawdopodobniej znalazłoby się kilku agitatorów propagujących poglądy komunistyczne. Pół biedy jeśli byłyby to poglądy a'la Marx, że kapitalizm sam wyewoluuje w socjalizm (sam Klasyk nie był zresztą konsekwentny w tym podejściu). Co jednak, gdyby tacy agitatorzy nawoływaliby do strajków okupacyjnych, albo wywłaszczenia kapitalistów? Czy można uznać propagowanie takich poglądów za podżeganie do kradzieży i ukarać głoszących je? Mój kolega (znany tutejszemy gronu jako Munchausen) zadał kiedyś podobne pytanie na pewnym libertariańskim portalu i został "zjedzony" przez tamtejszych libertarian "bo przecież Rothbard wyraźnie pisze, że groźba musi być realna, zagrożenie bezpośrednie itd". Czy nie lepiej jednak penalizować takie zachowania już "na starcie", niż później, gdy rozplenią się tak, że będziemy mieli.... powrót do teraźniejszości:)?
13.05.2008, 19:01
Obowiązujący paradygmat mainstreamowej ekonomii gloryfikuje pełzającą inflację. Jednocześnie zarówno szybki wzrost ogólnego poziomu cen, jak i ich spadek(deflacja) są postrzegane jako zjawiska niepożądane i rycerz w lśniącej zbroi(czytaj - bank centralny) jest powołany do obrony gospodarki przed tymi potworami. Ekonomiści ze szkoły austriackiej dysponują na szczęście zbyt zaawansowaną i dogłębną analizą monetarną, by dać się nabrać na mainstreamowe "plewy". Jednakże i niektórzy "austriacy" wykazują moim zdaniem zbytnią frywolność w traktowaniu kwestii monetarnych. Chodzi mi mianowicie o deflację. Jest jasne, że w warunkach gospodarki pieniężnej opartej na rynkowym pieniądzu towarowym(np złocie) lekki spadek ogólnego poziomu cen byłby zjawiskiem naturalnym i nieszczególnie groźnym(jak to bywało w "złotym" XIX wieku). Co innego przypadek ostrej deflacji będącej skutkiem uprzedniej ekspansji kredytowej... Ale wróćmy do "austriaków" - o ile chyba wszyscy przestrzegamy(ja też się uważam za jednego z nich) przed zagrożeniami inflacji, o tyle w przypadku deflacji niektórzy tylko przebąkują z uśmiechem o procesach oczyszczających gospodarkę i upłynnianiu błędnych inwestycji. Niestety sprawa nie jest tak wesoła. Nie przypadkiem monetaryści kojarzą "kryzys" z "deflacją". Przecież w trakcie upłynniania błędnych inwestycji ludzie tracą pracę, nie wspominając kapitalistów tracących majątki. Dlatego moim zdaniem chwalenie Fed'u za nagłe ucięcie dopływu pieniądza w czasie Wielkiego Kryzysu jest podejściem problematycznym. Z pewnością na skalę kryzysu wpłynęły późniejsze ograniczenia handlu międzynarodowego, jednakże ostry spadek podaży pieniądza też miał swoje negatywne skutki. Uczestnicy procesu rynkowego nie spodziewali się takiej skali deflacji, która uderzyła w kontrakty terminowe i umowy dotyczące płac. Myślę, że z tego punktu widzenia warto się zastanowić, czy Fed nie powinien był nie tyle jak radzi Milton F. "wydrukować" USA z kłopotów, ile powoli zmniejszać zastrzyki dolarów, aby dostosować oczekiwania przedsiębiorców do nadchądzącego kryzysu.
22.04.2008, 17:11
Wbrew obecnym na łamach wielu gazet rozważaniom na temat wyższości (bądź niższości) łagodnej polityki wobec Moskwy w wykonaniu Donalda Tuska nad twardą polityką Jarosława Kaczyńskiego, oraz blasków i cieni sojuszu strategicznego z USA, nie o tym będzie mój wpis.
W czasie debaty wyborczej Kaczyński - Kwaśniewski pan Jarosław wśród zmasowanej krytyki byłego prezydenta nie szczędził mu jednak pochwał związanych z jego postawą wobec Ukrainy z czasów "Pomarańczowej Rewolucji". Tymczasem moim skromnym zdaniem postawa naszych polityków wobec Ukrainy była niemalże tragiczna. Nie uważam tak dlatego, że jestem zwolennikiem "niebieskich" i sojuszu z Rosją, ale dlatego, że Ukraina była i jest podzielona na dwa mniej więcej równe obozy i samo w sobie ryzykowne jest zdecydowane opowiedzenie się po stronie jednego z nich. Ale to nie wszystko - przypatrzmy się bliżej składom powyższych obozów. "Pomarańczowi" - teoretycznie prozachodni i antyrosyjscy, ale również opierający się na nacjonalistycznej i antypolskiej tradycji UPA. "Niebiescy" - teoretycznie antyzachodni i prorosyjscy, ale z drugiej strony pozbawieni historycznych animozji wobec Polski. Pamiętam jak moje liceum gościło kiedyś tancerzy ze wschodniej Ukrainy. Po ich występie spytaliśmy ich o stosunek do Polski w świetle konfliktów o tzw Kresy. Odpowiedzieli, że jest to dla nich całkowicie obcy temat, że to problem dla Ukraińców z zachodu, a nie dla nich. W związku z tym, uważam, że polscy politycy popełnili straszny błąd, nie udzielając się na Ukraine, ale jednoznacznie popierając jedną ze stron konfliktu, niepotrzebnie antagonizując drugą. Należało w kontaktach z "pomarańczowymi" podkreślać poparcie dla ich "prozachodnich" dążeń, a w kontaktach z "niebieskimi" podkreślać brak historycznych zaszłości i alternatywę dla zależności od Rosji. I na każdym kroku podkreślać, że leży Polakom na sercu dobro Ukrainy, obojętnie "pomarańczowej", czy "niebieskiej".
P.S. A może to my, powinniśmy spróbować jakiejś oddolnej inicjatywy i nawiązać jakieś kontakty z think-tankami z Ukrainy (i nie tylko)...
01.03.2008, 12:40
Jakiś czas temu Guido Huelsmann opublikował tekst o teorii procentu (http://www.mises.org/journals/qjae/pdf/qjae5_4_7.pdf). Krytykuje w nim dawne wyjaśnienia tego zjawiska, upatrujące jego źródła w preferencji czasowej ludzi - wartościowaniu dóbr dzisiejszych wyżej niż przyszłe. Proponuje wyjaśnienie procentu pierwotnego, przez zwrócenie uwagi na rzecz, którą co ciekawe przeoczył Mises. Chodzi mianowicie o różnicę w wartości celów i środków do ich osiągniecia. Cele nadają wartość środkom, ale nie całą. Książka, którą chcę kupić za 30 zł nadaje wartość tym pieniądzom, ale wartość mniejszą od wartości jej samej. W pismach wielu "marginalistów" można znaleźć teksty o równości wartości celów i środków do ich osiągnięcia. Huelsmann zwraca uwagę na fakt, że jeśli środki są poświęcane dla osiąnięcia celu - to tym samym ich wartość jest obiektywnie mniejsza od wartości celu. Ta właśnie różnica to, jego zdaniem - procent pierwotny - występujący nawet bez upływu czasu, który to warunek jest konieczny przy wyjaśnianiu za pomocą preferencji czasowej. Co więcej aprioryczne przyjmowanie pozytywnej preferencji czasowej wydaje się problematyczne, natomiast wyjaśnienie Hulsmanna jest wydaje się być dość mocne(różnica wartości cele-środki jest zawsze dodatnia, niejakoz definicji). Muszę jednak przyznać, że letura "Ekonomii Wolnego Rynku" tom II prawie przekonała mnie do preferencji czasowej... Rothbard umie kreślić ładne wizje... Ciekaw jestem Waszego zdania na ten temat drodzy Austriacy. Swoją drogą, jak ktoś już zauważył, przydałoby się forum...
28.02.2008, 23:56
Tytuł poniższego wpisu pojawia się w filmiku (http://video.google.com/videoplay?docid=-1887591866262119830), do którego link znajduje się na stronie www.fijor.com. Link zatytułowany jest "prawda o bankach" i o ile filmik wiele ciekawych informacji o bankach istotnie zawiera, o tyle jak głosi napis "monetary..." pojawiający się na szkolnej tablicy - teorii pieniądza jest tam jak na lekarstwo. O ile mechanizm kreacji pieniądza jest tam dość prosto i dobrze ukazany, o tyle teksty o konieczności kreacji nowych kredytów dla utrzymania wzrostu gospodarczego, czy też marzenia o świecie bez procentu od pożyczek poważnie zabolały moje "austriackie" uszy. W filmiku brak teorii kształtowania się cen, brak teorii powstania pieniądza(jest historia, ale bez głębszej refleksji). Cytaty pochodzą np od Irvinga Fishera czy J.K. Galbraitha, których o austriackie podejście do pieniądza trudno podejrzewać. Ale to wszystko nic, mniejsza o niuanse teorii. Najlepsze w tym filmiku jest remedium... Tak moi drodzy... To nasz stary kumpel LEWIATAN, znany również jako PAŃSTWO. To właśnie ono według autorów powinno znacjonalizować ten koszmarny wynalazek (tzn pieniądz) tych mrocznych sił(tzn bankierów) i w jego miejsce wprowadzić jakieś dziwne kupony mające pokrycie w infrastrukturze... Co więcej autorzy popadają w sprzeczność na swoim własnym gruncie krytykując standardy pieniądza kruszcowego jako podatne na fałszerstwa, po czym BRONIĄ inflacji swych kuponów jako lekkiej formy opodatkowania... Summa sumarum, można i tak, tylko dlaczego link do takiego dziełka zamieszcza libertarianin pan Jan Fijor? Przecież w swym arsenale ma chociażby "Tajniki Bankowości" Rothbarda... Może nie oglądał go do końca, 47 minut to trochę dużo... Sam ledwo dotrwałem...
26.02.2008, 21:09
- poprzednia
- 1
- 2
- następna
