Artykuły Krzysztofa Śledzińskiego i Wiktora Wojtylaka, dostępne pod linkami:
http://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/
oraz
http://liberalis.pl/2009/03/06/wiktor-wojtylak-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez-czy-aby-na-pewno/
to dość ciekawa lektura. Sam temat własności intelektualnej nie bardzo mi „leży” niemniej jednak chciałbym w tym wpisie podzielić się krytycznymi uwagami wobec obu tekstów.
Krzysztof Śledziński we fragmencie „Inni ludzie” pisze, iż prawa własności intelektualnej podważają prawa do dóbr materialnych poprzez danie roszczenia do własności innych dóbr. O ile obserwacja ta jest właściwie trafna, to nie wydaje mi się, żeby stanowiła argument przeciw własności intelektualnej. Dlaczego? Dlatego, że jest to cecha każdego prawa własności. Weźmy moje prawo samoposiadania – ogranicza ono prawo każdego innego człowieka do posiadania i używania jego broni – nie może przecież użyć jej by mnie zamordować. Albo moje prawo do gruntu ogranicza cudzą własność samochodu – nie może ot tak wjechać na moje podwórko. Tak więc argument o podważaniu praw własności może być bronią obosieczną, użytą przez „wolnościowców” przeciw każdej formie własności, jako do pewnego stopnia ograniczającej wolność(własność) innych. Uprzedzając ewentualną odpowiedź, zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy przedmiotami praw własności – dobra rzadkie vs nierzadkie(w. intelektualna). Uważam jedynie, iż argument o naruszaniu własności „stanowiącej prawne podstawy” może być użyty przeciw każdej formie własności, co więcej, zawiera błąd petitio principii, gdyż zakłada „gorszość” własności intelektualnej, co wywód ma dopiero wykazać.
Wiktor Wojtylak we fragmencie „Ekskluzywność i rzadkość ekonomiczna dóbr” rozważa przesłanki ochrony własności. Wyciąga wniosek, że ziemia jest chroniona prawem własności „tylko ze względu na ewentualną utratę innych dóbr materialnych, a nie ze względu na rzadkość samej ziemi”. Obawiam się, że to tylko teza. Argumenty użyte w cytowanym przeze mnie akapicie są utylitarystyczne, więc zwolennicy naturalności praw własności raczej by się na nie nie powołali(ewentualnie pełniłyby rolę pomocniczą) – wciąż bowiem ziemia jest rzadka w tym sensie, że jednego kawałka ziemi nie mogą używać dwaj właściciele na dwa sposoby naraz. Ziemi samej przez deptanie nie ubywa, ale może właściciel nie życzy sobie, żeby obcy w ogóle chodzili po jego ziemi, gdyż zamarzył sobie jej użytkowanie jako ugoru. Takie rozważania wydają się być tylko psychologicznymi implikacjami już istniejących praw własności, nie mogą jej uzasadniać (mogą ewentualnie wskazywać dodatkowe korzyści z niej płynące).
Zdaniem Wiktora „prawa do własności intelektualnej można bronić w zupełnie analogiczny sposób”. Może i można, ale moim zdaniem nieskutecznie. W ten sam sposób można bowiem argumentować za ograniczeniem konkurencji i przymusową monopolizacją. Przypuśćmy, że piekarz (którego sam Wiktor wspomina) ma piekarnie w dzielnicy, gdzie właśnie wybudowano osiedle. Cieszy się, bo zyski wzrosną. Tymczasem ktoś otwiera obok piekarnię. I mamy problem – stary piekarz domaga się zamknięcia nowej piekarni, bo pozbawia go ona zysków od nowych klientów. Na gruncie argumentacji Wiktora ma on rację i sprawa jest w impasie (może spytajmy Coase’a co zrobić?:) ). Można ją rozstrzygnąć tylko odwołując się do elementarnego prawa własności do obecnych dóbr rzadkich, a nie do ewentualnych zysków jakie mogą zaistnieć w przyszłości.
13.12.2009, 15:50
Komentarze (6)
Dodaj komentarz
Aby dodać komentarz musisz się zalogować.
Nie masz konta? Zarejestruj się!

Co do monopolu. Tak, jak piszesz przy okazji tekstu Krzyśka - każda własność ma to do siebie, że ogranicza. Własność jest monopolem. Jeśli krytykuje się własność intelektualną, ponieważ wiąże się z monopolem, powinno się również dostrzegać, że tak samo jest z własnością klasyczną. Pytanie jest inne, mianowicie kiedy taki monopol miałby być uzasadniony. Wychodząc z teorii Locka autor np. książki powinien mieć do niej jakieś szczególne prawa. Być może nawet monopolistyczne.
To więc, czy dana osoba ma prawo argumentować z "ewentualnych zysków" zależy od tego, jakie przyjmiemy początkowe założenia w kwestii własności. Nowy piekarz z Twojego przykładu nie narusza żadnych praw własności "starego", więc nie może zostać o nic oskarżony. A co by było w momencie rozpatrywania patentu na... chleb? Nie wiem ;-)
1) Patent na recepturę chleba to sytuacja tak skrajna, jak wykupienie przez kogoś terenu wokół kogoś innego i uniemożlienie mu wydostania się z tak powstałej enklawy. Klasyczne prawa własności też nie radzą sobie z taką sytuacją.
2) Posiadaczowi patentu na recepturę chleba najprawdopodobniej bardziej opłacałoby się tę recepturę odsprzedawać innym piekarzom niż trzymać wyłącznie dla siebie.
ad 2)Taka sprzedaż patentu jest moim zdaniem możliwa właśnie dzięki własności obciążonej - sprzedana zostaje receptura pod warunkiem rozwiązującym nieudostępniania jej innym. W takim przypadku odpowiedzialności nie ponosi ten kto sobie ją skopiuje, tylko jej nabywca, za to, że nie upilnował. Moim zdaniem to zgodne z libertariańską teorią praw własności. Ale może ktoś zna tekst z krytyką tego poglądu?